Japoński problem: Śmierć z przepracowania

rsz_salarymen_in_tokyo_2

Posłuszeństwo wobec przełożonych, chęć odegrania swojej roli w społeczeństwie i pracowitość – tymi cechami możemy scharakteryzować Japończyków. W Japonii nie ma nawet określenia na równowagę między życiem a pracą. Istnieje za to określenie karoshi, śmierć z przepracowania.

Dla niektórych osób mających zły humor na samą myśl, że muszą w poniedziałek iść do pracy, może się to wydawać niezrozumiałe. Tymczasem śmierć z przepracowania jest realnym problemem. Szacuje się, że z tego powodu umiera rocznie około 2 tysiące Japończyków. Definicja karoshi mówi, że jest to zgon pracownika pozostający w ścisłym związku z jego obowiązkami zawodowymi. Może być spowodowany problemami krążeniowo-sercowymi wynikającymi z nadmiernego stresu, wyczerpaniem organizmu z powodu przepracowania, ale także samobójstwem, którego przyczyną jest niemożność podołania obowiązkom.

Wszystko zaczęło się w latach siedemdziesiątych, kiedy to wynagrodzenia były niskie, a pracownicy chcieli zwiększyć swoje zarobki. Nie pomagał temu również patriarchalny model rodziny, w którym to ojciec zarabia na utrzymanie, a matka opiekuje się dziećmi. Trend utrzymał się w latach 80-tych, a także 90-tych, gdy wiele firm rozpoczęło restrukturyzację a pracownicy zostawali po godzinach żeby upewnić się, że nie będą zwolnieni. Obecnie nikogo już nie dziwią 12-godzinne dni pracy.

Jednym z przypadków śmierci z przepracowania jest samobójstwo 24-letniej Matsuri Takahashi, która rozpoczęła pracę w firmie reklamowej Dentsu w kwietniu 2015 roku. Od początku wypracowywała nadgodziny – średnio 100 w miesiącu, a nierzadko wracała do domu o 5 nad ranem. Po tym wydarzeniu okazało się, że prawie wszyscy w firmie pracują w nadgodzinach. Firma znalazła sie pod presją ze strony władz w celu ukrócenia tego procederu. Obecnie w biurze firmy o godzinie 22 wyłączane jest zasilanie, jednak problem w skali całego kraju pozostaje nierozwiązany.

Praca w nadgodzinach nie jest oficjalnie wymagana przez pracodawców, ale pracownicy uważają to za swój obowiązek. O ile podstawowy tydzień pracy to 40 godzin, o tyle wiele osób nie decyduje się na wyjście z domu o ustalonej porze z uwagi na obawę przed otrzymaniem negatywnej oceny pracowniczej. Rząd stara się walczyć z tym problemem. Wydał rozporządzenie, na mocy którego chce ograniczyć odsetek osób pracujących ponad 60 godzin tygodniowo do 5% do roku 2020. Stara się również zachęcać do wykorzystywania urlopu. Większość Japończyków otrzymuje 20 dni urlopu rocznie, lecz niewiele z nich wykorzystuje choćby połowę tego czasu. Problem śmierci z przepracowania pogarsza również japońska kultura pracy w jednej firmie przez całe życie. Na zachodzie pracownik mógłby z łatwością przenieść się do innej firmy oferującej większą równowagę między życiem a pracą. W Japonii nie jest to takie łatwe.

Nie da się jednak usunąć problemu śmierci z przepracowania nie zmieniając wzorców kulturowych. Potrzebna jest zmiana kultury pracy, trend w kierunku spędzania czasu z rodziną i hobbystycznych aktywności. Ponieważ póki co, Japończycy nie mają nawet czasu na narzekanie.

Pokolenie korpoludzi

26004806196_893f2b4407_b

Pokolenie Y, czyli osoby urodzone w latach 1984-1997, decydują się rozwijać swoją karierę w korporacjach. W rankingu 50 najbardziej pożądanych pracodawców, przeprowadzonym przez firmę Universum, nie znalazł się żaden dynamicznie rozwijający się startup pokroju Ubera czy Airbnb.

Studenci kierunków biznesowych po raz kolejny jako najlepszego pracodawcę wskazują Google. Pomimo oskarżeń o brak innowacyjności, na drugie miejsce wskoczyło Apple, awansując o 5 pozycji w rankingu. Wszystkie firmy Wielkiej Czwórki znalazły się w pierwszej dziesiątce zestawienia. Studenci jako najbardziej pożądanych pracodawców wskazali również banki inwestycyjne Goldman Sachs i J.P. Morgan. Jest to o tyle ciekawe, że przedstawiciele pokolenia Y deklarują chęć osiągnięcia równowagi pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym, a pracując w bankach inwestycyjnych jest to praktycznie niemożliwe.

Co stoi za sukcesem wielkich korporacji? Przede wszystkim inwestują ogromne pieniądze w rozwój pracowników. PwC, EY, KPMG i Deloitte chętnie opłacają swoim pracownikom kosztowne kursy i pomagają w zdobywaniu certyfikatów. Dzięki temu np. audytorzy mają możliwość zdobycia uprawnień Biegłego Rewidenta, ACCA i tym podobnych nie wykładając kilkunastu tysięcy z własnej kieszeni. W KPMG wprowadzono nawet zasadę CPE (Continuous Professional Education), w ramach której pracownicy są zobowiązani do zrealizowania minimum 20 godzin szkoleń w ciągu roku i 120 godzin w ciągu 3 lat. KPMG deklaruje jednak, że w rzeczywistości szkoleń jest o wiele więcej i są dopasowane do potrzeb pracowników.

McKinsey&Company, czyli najbardziej prestiżowa firma doradztwa strategicznego idzie o krok dalej. Konsultanci pracujący w McKinsey mogą bowiem wyjechać na finansowane przez firmę studia MBA na takie uczelnie, jak Harvard, Wharton, Columbia, Kellogg, Stanford czy INSEAD. Firma ta jest w Polsce największym prywatnym sponsorem studiów MBA na 6 najlepszych uczelniach świata.

Oprócz inwestycji w rozwój pracowników ważnym elementem jest często jasno określona ścieżka kariery. Od początku pracownik wie, czego się od niego wymaga, jakie kompetencje musi zdobyć i co zrobić, aby awansować. Pracownicy mają swoich mentorów, którzy pomagają im ułożyć plan profesjonalnego rozwoju. Z pracą w korporacji wiążą się również wyższe zarobki i liczne benefity pozapłacowe, np. prywatna opieka medyczna, ubezpieczenie na życie, karta Multisport. Osoba pracująca w korporacji zarobi wyraźnie więcej niż osoba na podobnym stanowisku w mniejszej firmie. Po kilku, kilkunastu latach te różnice się jeszcze pogłębiają.

Obecny trend uciekania najlepszych studentów do korporacji nie musi być niczym złym. Dzięki pracy w dużych firmach o ugruntowanej pozycji na rynku, mogą się uczyć najlepszych praktyk i rozwijać swoje kompetencje. Nie bez powodu mówi się, że w kilka lat pracy w Wielkiej Czwórce zdobywa się takie doświadczenie, jak podczas kilkunastu lat pracy w innych firmach. Jeśli już na początku kariery studenci doradzają największym, najbogatszym korporacjom, to świetnie poradzą sobie w każdej organizacji.

Czy jesteś gotowy na karierę w Wielkiej Czwórce?

pwc

Już od wielu lat pierwsza praca po studiach w jednej z firm Wielkiej Czwórki jest uważana za świetną trampolinę do kariery. Firmy te oferują bardzo przyjazną ofertę dla wybitnie zdolnych studentów oraz absolwentów. Wielka Czwórka często już w trakcie studiów nawiązuje relacje ze studentami oferując im płatne praktyki, programy partnerskie czy różnego rodzaju konkursy.

Praca w firmach Big 4 wymaga ogromnego zaangażowania, dlatego procesy rekrutacyjne przechodzą jedynie nieliczni. Pierwsze lata pracy wiążą się z intensywnym zdobywaniem kompetencji oraz bardzo absorbującą pracą. Dlatego też po kilku latach wielu pracowników przechodzi na stronę biznesu, obejmując prestiżowe stanowiska menedżerów, kontrolerów i dyrektorów finansowych. Inni, skuszeni jasną ścieżką rozwoju, zwiążą swój los z firmą na dłużej. Ta droga prowadzi poprzez kolejne stanowiska od konsultanta, przez starszego konsultanta, menedżera, dyrektora, aż do stanowiska partnera.

Firmy audytorskie już na etapie rekrutacji są świadomi że wiele osób po kilku latach odejdzie by podjąć pracę w innych branżach. Jednak ciekawym rozwiązaniem z tej branży jest podtrzymywanie ciepłych relacji z takimi osobami. Wiele firm prowadzi specjalne programy dla tzw. Alumnów, które polegają na informowaniu i zapraszaniu byłych pracowników na ważne wydarzenia i spotkania.

Dlatego też co roku każda z firm Wielkiej Czwórki przyjmuje ponad setkę stażystów marzących o etacie. – Kuszą zarobki, prestiż firmy i doświadczenie, które można tam zdobyć – wymienia Magda, 23-letnia studentka i jednocześnie stażystka w jednej z firm wielkiej czwórki. Choć pracownicy nie mogą publicznie mówić o swoich zarobkach, z badań wynika że na kilkumiesięcznym stażu można zarobić 2 – 3 tys. zł za miesiąc, a potem, zaczynając pracę np. w audycie, można liczyć na wynagrodzenie rzędu 4,5 – 5,5 tys. zł brutto. Po dwóch – trzech latach zarobki zbliżają się do 10 tys. zł.

Praca w tych firmach to niestety nie tylko pozytywy. W okresie zimowym, pracownicy często pracują nawet po 60 godzin tygodniowo, dlatego próżno szukać wśród nich amatorów sportów zimowych. Firmy zgadzają się jednak na „odebranie” tych godzin w sezonie letnim, kiedy pracy jest mniej.

– Firmy z wielkiej czwórki to bardzo dobra szkoła i jeśli ktoś potrafi wykorzystać możliwości nauki, jest w stanie znacznie podnieść swą wartość – podsumowuje Marcin Anklewicz, właściciel firmy doradczej Acropolis Advisory, który przez 11 lat pracował w Ernst & Young.